„Wracam z pracy i siadam z synem do lekcji. Czasem zajmuje nam to nawet kilka godzin”

Prace domowe zadawane w szkołach to dla wielu dzieci prawdziwa zmora, a problem ich nadmiaru wciąż daje się we znaki nie tylko uczniom, ale także ich rodzicom. Wie coś o tym pani Kaja, mama 9-latka, który uczęszcza aktualnie do czwartej klasy. Mimo młodego wieku, plan zajęć chłopca w ciągu dnia jest zapełniony bardziej niż niejednej dorosłej i w pełni sprawnej osoby.

Nieustanna nauka

Mój syn kończy lekcje najwcześniej o godzinie 15, najpóźniej o 17. Specjalnie jeżdżę do pracy na 6 rano, by po południu mieć czas na odrabianie lekcji. Siadamy do nich od razu, by później nie siedzieć po nocach…

1

Pani Kaja powtarza, że pytanie „co masz zadane?” śni jej się po nocach, ponieważ codziennie musi powtarzać je do swojego dziecka. Odpowiedzi jednak wolałaby nie słyszeć, bo zawsze się „coś” znajdzie – wypracowania, dziesiątki zadań, przygotowanie na kartkówkę, sprawdzian, wejściówkę, test. Możliwości jest naprawdę ogrom!

Zadania z matematyki, czy innych przedmiotów do wykonania w zeszytach ćwiczeń, mój syn radzi sobie sam. Kiedy ma zadane tylko to – ja mam wolne. Dla mnie to luksus.

Laba kończy się, gdy pracą domową z polskiego jest wypracowanie. Wtedy mu pomagam. Niespecjalnie mu to idzie. Jednak zadania domowe to pikuś. Najwięcej czasu zabiera przygotowanie do kartkówki i sprawdzianu, a to musimy robić niemal codziennie! – wyjaśnia pani Kaja

Kilka dni bez kartkówek

Pani Kaja podkreśla, że w kalendarzu jej syna w ostatnim miesiącu było tylko kilka dni bez stresujących kartkówek, testów i sprawdzianów, na które trzeba się przecież uczyć.

Mój syn potrzebuje wsparcia w odrabianiu prac domowych i nauce, więc z całym materiałem jestem na bieżąco. Zamiast zrobić cokolwiek w domu, dla siebie, czytam podręczniki do historii, by później odpytać syna. Najgorsze jest to, że czasem znajduję na lekcje czas dopiero po 20. A prace domowe i nauka zajmują nam nieraz nawet kilka godzin dziennie – tłumaczy kobieta

2

Jak wyglądają weekendy?

Wydawać by się mogło, że weekendy są luźniejsze. Czy aby na pewno? Okazuje się, że pani Kaja musi wtedy spędzić nad lekcjami syna co najmniej pół dnia! Sprawdza jego zeszyty i weryfikuje, czego nauczył się chłopiec. Dopiero później siada z nim do lekcji, które przecież musi odrobić, bo był na to cały weekend.

Jestem wyczerpana i wściekła… My nie dajemy rady, nie umiemy, nie mamy wiedzy i czasu… A szkoły najwidoczniej wymagają od nas – rodziców – pełnego poświęcenia. Wracam z pracy do domu i pracuję za szkołę… Tak jest kolejny rok z rzędu. Mam tego dość, miewam złe dni. Depresyjne. Robię wszystko, by pomóc synowi. Zapisałam syna na kurs szybkiego czytania i doskonalenia pamięci. W mojej gminie Czerwonak koło Poznania jest realizowany projekt ‚Czerwony pasek w zasięgu ręki’. Finansowany ze środków unijnych, więc zajęcia są za darmo. Jest limit uczniów w jednej grupie, ale udało mi się zapisać syna na matematykę, angielski, niemiecki i biologię – dodaje pani Kaja

Dla kogo jest zadanie domowe?

Pani Kaja nie ukrywa, że chce, aby jej syn dobrze radził sobie w szkole. Jest jednak w szoku, że musi sie to odbywać aż takim nakładem czasu zarówno uczniów jak i rodziców. Rodziców, którzy chcąc pomóc swoim pociechom, często odrabiają pracę domowe za nich. Czy tak to powinno wyglądać?

„Dom nie jest filią szkoły”

W sieci powstała akcja ‚Dom nie jest filią szkoły’. Nie rozumiem, dlaczego nie cieszy się poparciem i zainteresowaniem rodziców. Moje pytanie brzmi: dlaczego na to pozwalamy? Dlaczego wyręczamy szkołę w jej obowiązku nauczenia dzieci materiału? Zbuntujmy się i zmieńmy to! – apeluje pani Kaja

Powszechny problem

Historia pani Kaji i jej syna to oczywiście nie jedyny tego typu przypadek. Podobne histerie mają miejsce wśród rodziców także młodszych dzieci – już tych, które uczęszczają do drugiej klasy szkoły podstawowej. Okazuje się bowiem, że 7-latki niekiedy potrzebują korepetycji z angielskiego czy matematyki – wszystko po to, aby nadązyć za natłokiem materiału. Dodatkowo często umawiają się na wspólne powtarzanie tego, co uczyły się w szkole, nie mówiąc już o nieustannym wsparciu ze strony rodziców.

Czy tak to powinno wyglądać? A może kiedyś było podobnie tylko rodzice niepotrzebnie wyolbrzymiają „problem”, którego tak naprawdę nie ma? Jak sądzicie?